Wspomnienia PDF Drukuj Email

 A gdzie ja mam sie umyć?

          W tym roku pływałem dużo po Chorwacji. Na tyle długo, że zaobserwowałem powtarzalność pewnych zachowań i oczekiwań wśród moich załóg. Klienci przyjeżdzający na żagle do Chorwacji oczekują tak naprawdę czegoś w rodzaju hotelu, który nie powinien daleko pływać, zwłaszcza w nocy. Stąd liczne pytania: "A gdzie ja mam sie umyć, a czy zdążymy do mariny przed zmrokiem, czy tam będą pożądne toalety, a może popłyniemy jednak na silniku, a może popłyniemy jednak na żaglach, a daleko jeszcze?" Najbardziej dziwią mnie ludzie patrzacy od rana na zegarek i stresujący się przez cały dzień, że ktoś im zajmie miejsce na postój w marinie.

        A mogło być tak pieknie jak na tym filmie :)


Menu stanu

   

Zapomniałem...

        W trakcie dwumiesiecznego rejsu po Norwegii coś się musiało popsuć na jachcie, choć to był jacht niemiecki i się nie psuł generalnie.  Na podejsciu do Bergen zjechał nam na dół fok, odszeklował sie róg fałowy. Mocowanie żagla utknęło na górze, wiec wszedlem na maszt żeby przeprowadzić klinujący się element.

       W połowie drogi na dól, trzymając górny bęben rolfoka, zamyślilem się [zagapilem sie na norweską motórówke z pijaną w trabkę załogą] i go zostawiłem. Dopiero kawałek niżej którys z chłopaków, którzy mnie wciagali na maszt zapytał - a tego bębna nie zabierasz?!. Ja zmieszany odpowiedzialem: " Eeeee, zapomnialem, zamysliłem sie, musicie mnie wciagnać jeszcze raz do gory..." 

       Okazało się, że jak sie idzie na maszt, to lepiej zrobic liste rzeczy do zrobienia :)

 Automatic...

     Poznaliśmy norweskiego rybaka, który chwalił się, że urządzenia na jego kutrze musiało kiedyś obsługiwać pięć osób, a teraz wszystko działa automatycznie i pływa sam. "Now all automatic" - podkreślał z dumą wielokrotnie. W Norwegii większośc stacji benzynowych dla jachtów działa na automatyczną kartę Shella, za część marin można zapłacic tylko w automacie, a w Stavanger wejście do WC jest możliwe tylko dla szczęśliwych posiadaczy karty kredytowej. W Danii, w Thyboron skolei automat do płacenia za postój jachtu był tak nowoczesny i skomplikowany, że musiał obsługiwać go człowiek - bosman, który zrezygnował z prób wytłumaczenia w jakiej kolejnosci naciskac przyciski i wpisywać PINy i wolał sam, szybciej obsłużyć automat.

   "Maszyny nas kiedyś pokonają!" - skwitował te opowieść mój kolega informatyk, Bartek :)

 

 Niemiecka ekipa 

      Niedaleko Stavanger szliśmy spokojnie na silniku pomiedzy wysepkami, lało, wiało, zawsze z przeciwnego kierunku nawet jak skrecalismy, szkwaliło, przepływało dużo statków. Jednym słowem brak wskazań do pływania na żaglach. Tymczasem dogoniła nas niemiecka ekipa idąca pomimo silnego wiatru na całym foku i grocie, robili sprawne zwroty co 5 - 10 minut, skutecznie nabierali wysokosci. Gdy podpłyneli blizej pomyslałem: "Nie będą Niemcy uczyć nas kunsztu żeglarskiego!" Spróbowalismy sie pohalsować chwile ale wyrażnie nie szło, więc nadal wspieralismy sie silnikiem. Po przejściu wąskiej ciesninki zgasilismy w końcu Diesla. Z załoga niemieckiego jachtu spotkalismy się w porcie. Odebrałem od nich cumy i powiedziałem, że miło było patrzeć jak walczą z wiatrem i falą. Ich kapitan usmiechnął się i odpowiedział: "Ach, to Wy płyneliscie na motorze..."

   Zawstydzony już nie tłumaczyłem nawet, ze mieliśmy jacht gorzej chodzący na wiatr i stare żagle :)

 Druga niemiecka ekipa i sterociągi

  Czekał mnie dłuższy przelot z Norwegii do Danii. Zapowiadało sie ciężko, bo bardzo nieliczna załoga się zebrała i miały wiać przeciwne wiatry. Wyczekalismy na okienko pogodowe - kilkugodzinna przerwę w sztormie, kiedy to wiatr zelżał do 6. Morze było bardzo wzburzone, jak to na Skagerak i Północne we wrześniu przystało. Nie udawało nam sie zbytnio zblizyć do Danii, mimo dwóch dni halsowania. Trzeciego dnia pękły sterociagi, ster nie działał, z dużym wysiłkiem płyneliśmy na rumplu awaryjnym [spędziłem oczywiscie kilka godzin próbujac naprawić zerwana stalówkę ale tylko się poobijałem i zdryfowało nas na pozycję sprzed doby]. 

  W tym czasie, niedaleko nas załoga niemieckiego jachtu dramatycznie wzywała pomocy, nadali sygnał MAY DAY. Przez radio zgłaszały sie kolejne statki i pytały co sie w zasadzie stało. "Nasz motor nie daje rady iść pod fale, mamy chorobe morską, nie ma kto sterować, wiemy że akcja ratunkowa bedzie bardzo duzo kosztowała..." Pomyslałem, że straszni frajerzy, przeciez po sztormie [ w zasadzie nawet sztormu nie było, tylko duze fale] zawsze świeci słońce, mogli to zwyczajnie przeczekać.  

  Trzy dni od zerwania sterociagów morze się uspokoiło i w pełnym słońcu skrajnie wyczerpani wpłyneliśmy do Thyboron. Wypiłem piwko i zabrałem sie do naprawy :). Jarek i Ryszard - panowie z załogi dali z siebie w trudnych warunkach dosłownie wszystko. Dzięki!

 

  Rejs podzielony był na cztery etapy, na morzu spedzilismy łacznie 603h, przepłynęlismy 3171Nm.